Niebywałe kino, czyli klasyczne duety – 3 x Tim Burton & Johnny Depp

W jednym z wywiadów Tim Burton określił siebie jako „naiwnego lekkoducha – szczęściarza z depresją maniakalną”. Jako dziecko bawił się w budowanie cmentarzy i kamerą 8mmkręcił filmy o świątecznych choinkach – potworach.

Autor: Tomasz Sawicki

Jego czarny gotycki strój oraz rozwichrzona czupryna zasłaniająca połowę – wiecznie zasępionej twarzy, wydaje się potwierdzać stereotyp ponurego outsidera Hollywood. Nie można go jednak zaszufladkować jako człowieka zamkniętego w świecie mroku. On raczej śmieje się w stronę ciemności, która zresztą nie jest u niego aż tak straszna i niepokojąca jak np. u Lyncha. Jego filmy mają w sobie dziecięcą słodycz, a groza, jaką w nich spotykamy, przypomina tę z baśni braci Grimm. Burton nie tyle robi filmy, on po prostu z dziecięcą swawolą i za miliony dolarów konstruuje modele alternatywnych światów.

Tim Burton dorastał na typowym sennym osiedlu z bratem i rodzicami, do których czuł dystans. Przywiązał się za to do Edgara Allana Poe, Vincenta Price’a oraz wielu strasznych postaci z horrorów klasy B Rogera Cormana. Po nocnych seansach filmowych nieraz miewał koszmary, budził się wtedy przerażony i rysował. W dziewiątej klasie wygrał konkurs na projekt kampanii przeciwko śmieceniu, a jego praca przez rok zdobiła śmieciarki miasta Burbank. Powstałe wtedy rysunki były przebłyskiem talentu, jaki w pełni objawił, gdy Burton zaczął reżyserować filmy.

Animacji uczył się w kalifornijskim Instytucie Sztuki i bezpośrednio po studiach zaczął pracować w studiu Disney’a. Pierwszym wyreżyserowanym tam przez niego obrazem był Vincent – pięciominutowa animacja poklatkowa wykonana w ciężkim stylu niemieckiego ekspresjonizmu. Ta historyjka o fantazjach, całkiem normalnego, lecz mocno przygnębionego chłopca z przedmieścia, bardzo przypomina młodzieńcze lata Tima. Głosu do narracji udzielił największy idol reżysera – aktor Vincent Price. Kolejnym projektem był półgodzinny już Frankenweenie. Tu ukochany przez Burtona mit Frankensteina przeniesiony został w realia uśpionego przedmieścia. Władze studia uznały jednak, iż dziwaczny styl młodego twórcy nie jest kierunkiem, w jakim zmierzają tradycyjne produkcje Disney’a i na tym zakończyła się ich współpraca.

Pomimo, iż Frankenweenie nie miał nawet swojej premiery kinowej, to film całkowicie zafascynował aktora Paula Rubensa. Zaproponował on Timowi wyreżyserowanie pełnometrażowej produkcji Pee-wee’s Big Adventure. Co prawda, film ten nie został wyjątkowo wyróżniony przez krytyków, ale spory sukces kasowy otworzył przed twórcą drzwi do bliskich mu – mrocznych wizualnie projektów. Bez wątpienia reżyser szybko wyrobił własny styl, ale znak sygnujący firmę Burton postawił ostatecznie filmem „Sok z żuka” (Beetle Juice). Ta surrealistyczna, czarna komedia o duchach – z Michaelem Keatonem w roli głównej – zapewniła mu już sporą popularność. Jednak prawdziwą euforię wśród widzów wywołał dopiero Batman. Tim nigdy nie był fanem komiksów, ale wprowadzona przez niego do filmu ciemna, gotycka stylistyka sprawiła, iż superbohater znany z serialu TV zyskał legendarny wizerunek mrocznego rycerza. Ale nawet ikoniczną postać Batmana (Michael Keaton) fascynującą i złożoną psychologicznie osobowość rodem z gatunku noir, zdołał przyćmić demoniczny Joker (Jack Nicholson). Jego fascynacja złem wyrażana poprzez makabryczną – postmodernistyczną sztukę – to Burton w czystej postaci.

Swoboda twórcza, jaką Timowi zapewnił Batman, pozwoliła mu podjąć projekt, o jakim marzył od dzieciństwa. Jeszcze jako nastolatek naszkicował smutną postać chłopca o imieniu Edward, który zamiast palców miał ostrza noży. W scenariuszu Edward ukazany jest jako twór genialnego naukowca (Vincent Price). Kiedy ten umiera – mechaniczny chłopiec żyje samotnie w starym zamku na wzgórzu. Jego położenie się zmienia, kiedy wścibska konsultantka Avonu postanawia zwrócić go „pastelowemu społeczeństwu”. Wokół niepozornego rysunku narodził się więc baśniowy świat, pełen romantyzmu i czarujący tym bardziej, iż mógłby zaistnieć w dowolnym amerykańskim miasteczku.

O główną rolę w Edward Scissorshands (Edwardzie Nożycorękim) zabiegało wielu aktorów, ale już pierwsze spotkanie z Johnnym Deppem zamknęło casting. Jak to określił sam Burton: „On był tą postacią bardziej niż czymkolwiek, co do tej pory robił. W Johnnym jest smutek, na który ja po prostu odpowiadam i uważam to za zabawne”. Zrealizowany wcześniej przez Tima film Frankenweenie można uznać za pierwsze przymiarki do Edwarda Nożycorękiego. Widzimy tu te same inspiracje historią o Frankensteinie i przywoływaniu do życia. Złośliwi krytycy twierdzili nawet, iż ze względu na małomówność Edwarda Depp był tak dobry, jak oryginalny potwór grany przez Borisa Karoffa. Sam Johnny bardzo emocjonalnie odnosił się do roli – mówił: „Moja gra jest jak list miłosny do Tima. W jego oczach jest siła, która cię po prostu chwyta.” Edward Nożycoręki to doskonała metafora tego jak wielu z nas się czuje. To coś bardziej niż bycie outsiderem, to uczucie bycia niebezpiecznym. Tęsknimy za bliskością i dotykiem, ale jeśli on następuje, to rani lub niszczy niczym ostrze noża.

Tim i Johnny wracają do współpracy po przerwie na Powrót Batmana. Okazją jest prowokacyjna i jeszcze bardziej osobista produkcja traktująca o życiu twórczym Edwarda D. Wooda. Reżyser ten miał 53 lata, kiedy zmarł w 1978, zapity, spłukany i skończony w Hollywood, gdzie ostatecznie stoczył się do rynsztoka pornobiznesu. Burton jednak pomija ten okres i cofa się w czasie do „okresu niewinności” Eda, przypadającej na lata pięćdziesiąte. Wtedy to właśnie Wood wyreżyserował takie klasyki jak: Glen or Glenda, Jail Bait, Bride of the Monster i Plan 9 From Outer Space – najgorsze produkcje wszech czasów. Filmy te były kręcone za grosze, w zaledwie kilka dni i równie szybko znikały z kin.

Johnny Depp odgrywa Eda Wooda jako naiwnego optymistę o wielkim sercu, wiecznie zalanego dostarczyciela amerykańskiego snu, który lubi nosić damskie fatałaszki. Aktor przełamuje zwyczajowy dla siebie – zachowawczy sposób gry i by dobitniej wyrazić ów szeroki optymizm Eda, stosuje nietypowe formy wyrazu. Jego niezrozumiała szybka mowa, połączona z zaskakującą gestykulacją ramion, może być z początku rażąca, lecz ostatecznie Ed w wykonaniu Johnny’ego jest postacią ujmującą. Warto też zaznaczyć, iż samych reżyserów (Burtona i Wooda) łączą niezwykłe podobieństwa: Ed i Tim wychowali się na horrorach. Obaj mieli też problem z wypowiedzią werbalną (Burton podobno nigdy nie kończy zdania), i co najważniejsze – każdy z nich współpracował ze swoim aktorskim idolem. W przypadku Tima był to Vincent Price. Bohaterem Wooda był zaś prawdziwy Drakula, a dokładnie Bela Lugosi.

To właśnie emocjonalna relacja zachodząca pomiędzy Edem Woodem a Belą Lugosi (Martin Landau) wydaje się być kręgosłupem i zarazem największym magnesem filmu. Kiedy dochodzi do ich spotkania, Lugosi dni sławy Drakuli ma już dawno za sobą. 70-letni wówczas węgierski aktor jest pogrążonym w długach alkoholikiem i morfinistą. Desperacja popycha go do zagrania w debiucie reżyserskim Wooda Glen or Glenda. Burton dobitnie ukazuje, jak ci dwaj wykorzystują siebie nawzajem – Ed, by skończyć swoje filmy, a Bela, żeby dostać kolejną dawkę morfiny. Mimo wszystko, związek ten opiera się na czułości i oddaniu. Widoczne jest to szczególnie po śmierci Beli, kiedy Wood oddaje mu hołd, montując Plan 9, używając do tego starych nagrań aktora. Ed Wood jest bowiem historią o miłości do filmów i o radości, jaką daje ich tworzenie, bez względu na efekt.

Następne filmy Burtona nie były już tak przyjemne w realizacji jak Edward Nożycoręki czy Ed Wood. Pomimo gwiazdorskiego zespołu i szerokich nakładów finansowych, pracochłonna komedia sci-fi Mars Attacks! okazała się porażką budżetową. Reżyser próbował nie brać tego do siebie, jak mówił: „Takich rzeczy nie da się kontrolować, więc nie zostają w tobie zbyt głęboko”. Kiedy jednak po rocznych pracach nad filmem Superman Lives (z Nicholasem Cagem) studio Warner Brothers z niejasnych powodów wyszarpało mu projekt, Tim miał złamane serce. Można więc uznać, iż pojawienie się scenariusza Sleepy Hollow było dla niego jak kojący balsam.

Przez prawie 200 lat „The Legend of Sleepy Hollow” Washingtona Irvinga była przestrzegającą dzieci, straszną bajką na dobranoc, powtarzaną przez gospodynie domowe. W pamięć zapada jej animowana wersja Disney’owska – genialny miks komedii z dreszczykiem, podsycanym złowieszczą narracją Binga Crosbiego. W swojej wersji Tim poszedł o krok dalej, bowiem importując nietoperze z Batmana, wydrążone Halloween’owe dynie oraz Johnny Deppa jako Ichaboda Crane’a, postanowił przekształcić niewinną bajkę w pełnokrwisty horror. Podczas realizacji, nawet Depp uwielbiający zmieniać swój wygląd na potrzeby roli, zaczął zastanawiać się nad poczytalnością Burtona, kiedy ten z nieukrywaną rozkoszą oblewał go kolejnymi warstwami szkarłatnego syropu imitującego krew.

Crane to konstabl z Manhattanu wysłany do Sleepy Hollow w celu rozwikłania morderstwa. Ten pierwszy w historii Ameryki detektyw, ma głębokie blizny z dzieciństwa oraz strudzoną duszę. Powracające wspomnienia przenikają do jego snów i stają się nawiedzającymi wizjami z udziałem zmarłej matki. Mimo traumatycznego podłoża, postać Ichaboda Crane’a miała też w sobie wiele komizmu, Depp chciał oddać to (tak jak wersji Disney’a), grając z doklejanym nochalem i sterczącymi uszami. Ostatecznie jednak, ciekawszy efekt osiągnął, przedstawiając detektywa jako osobę wyjątkowo delikatną i mającą zbyt wielki pociąg do swojej damskiej strony. Był niczym mała przestraszona dziewczynka. Burton skwitował tę kreację: „To być może pierwszy męski bohater przygodowego kina akcji, grający jak trzynastolatka.” Sam jeździec (Christoper Walken), musiał być straszniejszy niż najgorszy koszmar, nawiedzający Sleepy Hollow niczym plaga i pozostawiający po sobie żniwo poodcinanych, turlających się głów. Momentami, kiedy posiadał głowę, miał upiornie melancholijną twarz z rzędem spiczastych zębów. W zasadzie jednak był pozbawionym osobowości wysłannikiem piekieł.

Cała historia ma miejsce nieopodal miasta Nowy York, ale celowo sfilmowana została w studiu pod Londynem. Skład aktorski to w większości Brytyjczycy. Nie przypadkiem też amerykański folklor ustąpił tu miejsca angielskiemu horrorowi. Sleepy Hollow bowiem z założenia miał być hołdem dla studia Hammer, gdzie w latach 50. powstał remake Drakuli, Frankensteina i wiele filmów gore. Fakt, iż obraz został wystylizowany w klimacie tych właśnie produkcji, jest jego największym atutem. Zamiast jasnych schematów Disney’owskich, widzimy mgły, wilgoć i wyblakłe barwy bagienne. Sleepy Hollow jest miejscem magicznym, bogatym w gotyckie detale, a groza prastarego lasu miesza się tu z atmosferą kolonialnej rebelii.

Dodaj komentarz